Aktualności Stowarzyszenia Informacje lubiąskie  
Lokalizacja
- w Europie
- w Polsce
- w regionie
- w powiecie
- plan wsi
- okiem ptaka
Historia
- Lubiąż
- legendy
- Cystersi
- lokacja klasztoru
- Michał Willmann
- Sekularyzacja
Przyroda
- Odra
- Natura 2000
- rez. Odrzyska
Turystyka
- zabytki
- ścieżka edukacyjna
- Szlak Odry
- Kajaki, rowery
- Szlak Cysterski
- baza noclegowa
- gastronomia
Ekomuzeum
- idea
- nasza grupa
- Centrum Informacyjne
- wydarzenia kulturalne

statystyka

Od dnia 01. 02. 2008r. odwiedzilo nas
osób

Informacje lubiąskie

"Szlifuję ten diamencik"

Z Samborem Dudzińskim*, aktorem, performerem i muzykiem, o tym, dlaczego nie został pakerem, choć miał ku temu świetne warunki, gdzie będzie można go zastać, jak tylko stopnieją lody, jak Sambor został Damianem, o płycie "Etno Funky Show", noworocznych postanowieniach i innych projektach rozmawia Magda Piekarska

Magda Piekarska: Ma Pan jakieś noworoczne postanowienia?

Sambor Dudziński: Oczywiście - dotyczą wioski artystycznej, którą tworzę w Lubiążu. Jak tylko stopią się lody, chcę się tam przenieść. To będzie trudne, bo brakuje mi środków finansowych. Ale mam pewien pomysł i zamierzam wiosną zacząć tam działać. Chcę też posprzątać wokół siebie. Wszystkie instrumenty, które mam rozproszone w wielu miejscach, chcę zgromadzić w pracowni, która powstanie właśnie w Lubiążu.

Co będzie się tam działo?
- Na dziewiczym obszarze ziemi, w sąsiedztwie klasztoru cysterskiego, będą współdziałać twórcy z różnych dziedzin. Będą mieli tam możliwość pracy, tworzenia, mieszkania na co dzień i okazjonalnie - według potrzeb. Dla mieszkańców i turystów wioska będzie takim na poły realnym, na poły baśniowym światem. Gdzie można będzie wejść do domu na kurzej nóżce, obejrzeć koncert, leżąc w hamaku, zajrzeć do kurnika pana Józka, który zbuduje Grzegorz Halama. Wioska artystyczna jest przedsięwzięciem wyjątkowym i jej powstawanie różni się od budowy hipermarketu czy osiedla. Nie chcę być przedsiębiorcą, który buduje park rozrywki. To ma być żywe miejsce, tworzone przez artystów.

Żeby takie miejsce powstało, trzeba poświęcić mu mnóstwo uwagi. A Pan jest wciąż w rozjazdach.
- Wiem, że to będzie trudne. Jestem twórcą niezależnym, a to oznacza, że żyję z tego, co sobie uciułam z rozmaitych zleceń. Ale wierzę, że się uda, bo napędzają mnie wielkie wyzwania. Sytuacja podwyższonego ryzyka, w której przeciętny śmiertelnik wymięka i bezradnie rozkłada ręce, dla mnie jest normalna, świetnie się w niej odnajduję. Za to codzienna rutyna bywa dla mnie barierą.

Dlatego zrezygnował Pan z etatu we wrocławskim Capitolu?
- Częściowo tak.

Codzienne próby, wieczorne spektakle, gra pod cudze dyktando - to była rutyna?
- Kiedy dostałem się do Capitolu, Włodzimierz Korcz, którego bardzo cenię, powiedział: "Gratuluję, ale to nie jest miejsce dla ciebie". Okazało się, że miał świętą rację. Nie chodzi tylko o udział w cudzych projektach. Raczej o to, że potem muszę się z nimi utożsamiać za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę. Reżyser bywa na spektaklach, ale może o swoim projekcie zapomnieć po premierze, kiedy machina ruszyła i przedstawienie zaczyna żyć własnym życiem. A aktorzy co wieczór wbijają się w kostiumy, stają na scenie i są twarzami jego myśli. Bywało tak, że miałem z tym moralny kłopot - nie potrafiłem do końca utożsamić się z przekazem. A jednocześnie musiałem to robić i być w tym wiarygodny. W dodatku trudno było mi wygospodarować czas na przygotowania do własnego spektaklu. I w pewnym momencie zauważyłem, że umarła we mnie pasja. Że nie ma we mnie czegoś, co kiedyś kazało mi siedzieć cały dzień w pracowni ojca, zapominając o całym świecie, nie jeść nic przez wiele godzin i rzeźbić. Ocknąłem się i pomyślałem sobie: nie jest dobrze. Bałem się odejść - przez cztery lata przyzwyczaiłem się do poczucia bezpieczeństwa, jakie zapewniały stałe wpływy na konto. Uświadomiłem sobie jednak, że wolę być biedny, ale robić z pasją własne rzeczy. Kontakt z kompozytorami, Formacja Chłopięca Legitymacje, którą zakładałem z kolegami - to wszystko są bezcenne, niekwestionowane wartości tamtego czasu. Ale musiałem pójść swoją własną drogą.

Szybko docenił Pan odzyskaną wolność?
- Natychmiast! Przede wszystkim dlatego, że mogłem się oddać w całości własnej sztuce. Dla mnie jest to wartość bezwzględna - wiem, że jeśli odejdę, coś po sobie zostawię. Teraz cały czas nagrywam muzykę, inscenizuję piosenki. Działalność rzemieślnicza zamieniła się w twórczą.

Jej efektem jest płyta "Etno Funky Show", która ukaże się za kilka dni. Powstawała ponad rok. Dlaczego tak długo?
- Płyta jest zamknięciem pewnego etapu współpracy z formacją Etno Funky Show. Grupa powstała osiem lat temu i większość naszych utworów pochodzi z tamtego czasu. Podczas nagrań okazało się, że bardzo trudno jest wejść drugi raz do tej samej opowieści. Dzisiaj jestem już innym człowiekiem i co innego bym śpiewał, a musiałem odnaleźć się w tamtych piosenkach na nowo.

Udało się?
- Etno Funky Show to bardzo intuicyjny projekt. Zespół powstał pocztą pantoflową, ja zaprosiłem kolegów, oni z kolei swoich zaprzyjaźnionych muzyków. Graliśmy bez ustalonych form, królowała wielka improwizacja. Na przykład nasz gitarzysta Cichy pierwszy koncert z nami zagrał bez żadnej próby. I to miało swój urok. Ale jak weszliśmy do studia, okazało się, że trzeba to wszystko najpierw zapisać, a potem zagrać według schematu. Efekt był taki, że brzmiało to nieźle, ale zabrakło elementu show, który kiedyś był wynikiem żywej, otwartej formy tego projektu. Zaczął się problem. Rok trwało, zanim się przez to przegryzłem, żeby tchnąć życie w nagranie, dać mu element szaleństwa. Żeby nie było to takie przewidywalne. Dziś wiem, że się udało.

Ta płyta jest podsumowaniem wcześniejszych działań. A czym się Pan zajmuje teraz?
- Przygotowuję się do nagrania płyty z pieśniami Grzegorza z Nareku, ormiańskiego poety i świętego, który napisał je 1000 lat temu. Zrobiłem do nich muzykę, w projekcie bierze udział cała moja rodzina. Starsza siostra gra na fortepianie i organach, brat na beczce po ogórkach i klarnecie, młodsza siostra śpiewa razem z mamą, tato gra na harmonijce ustnej i trąbach drewnianych. Premiera odbyła się pod koniec ubiegłego roku w kościele ormiańskim w Gliwicach. "Wszak wystarczy najlżejsze westchnienie/ Wzruszonego serca z głębi duszy/ Wszak wystarczy wylana z oczu/ Jedna łza pokuty, jedna łza" - to prosty, ale bardzo wymowny tekst. Grzegorz z Nareku nie mówi: musisz się chłostać za swoje grzechy i w cierpieniu odnajdywać Pana. Bo wystarczy, że wypłynie jedna łza skruchy, pożałowania i to już jest to!

Nie wierzę, że potrafił Pan skupić się tylko na jednej rzeczy.
- Są jeszcze Legitymacje, jest Etno Funky Show, zajęcia z piosenki aktorskiej na wrocławskim wydziale lalkarskim, jest mój solowy projekt i kolejny - muzyczny wehikuł, czyli stalowy, 150-kilowy rower, zbudowany na bazie zgrabiarki konnej, na komponentach fiata. Montuję na nim moje studio nagrań i jeżdżąc, gram. Chcę nim wyruszyć na festiwal Fringe do Edynburga. To są projekty, na których mi zależy. Te najcenniejsze, które chciałbym pielęgnować.

Ale i tak wydaje się, że doba jest za krótka, żeby je wszystkie zrealizować.
- Każdy z nas w szkole podstawowej ma około kilkunastu przedmiotów, kilkanaście zupełnie różnych dziedzin. A jednak umysł dziecka jest w stanie to ogarnąć. Tajemnica tkwi w odpowiednim wpisaniu ich do kalendarza. Tego dotyczy właśnie moje kolejne postanowienie noworoczne. Muszę się nauczyć mądrego planowania.

To może być trudne - wychował się Pan w artystycznej rodzinie, w Zamościu, gdzie królowała raczej wielka twórcza improwizacja.
- Rzeczywiście, w domu wszystko było otwarte, niepodporządkowane schematom. Pracując z rodziną, głównie improwizowaliśmy. W 1983 roku powstał teatr moich rodziców, w którym bardzo szybko znalazłem się i ja, i moje rodzeństwo. Zasadą tego teatru było postawienie siebie w punkcie zero i założenie, że to, co się dalej stanie, jest kwestią mojej indywidualnej kreacji, tu i teraz. W takiej sztuce panowała totalna wolność - nie było żadnego scenariusza ani nut. Dzięki temu wszystko stawało się możliwe. Bardzo dużo mi to dało. Dzięki szkole, którą przeszedłem w rodzinnym teatrze, z łatwością nawiązuję twórczy kontakt z ludźmi.

Dorastając w takim domu, był Pan skazany na sztukę?
- Powiem wręcz, że było niemożliwe, żebym stał się kimś innym niż artystą. Jestem nim od szóstego roku życia. Od chwili, kiedy poszliśmy z ojcem w plener malować pejzaż. Zachwyciłem się jego pracą. "Tato - marudziłem - ty tak ładnie namalowałeś, ja też bym tak chciał. Ja nie umiem!". A ojciec wziął mój obrazek i powiedział: "Synu, żebym ja się zesrał, to nie namaluję tak jak ty". Wtedy sobie uświadomiłem, że to, czego się wstydzę, to jest właśnie moja indywidualność, coś, co powinienem pielęgnować, co jest moją siłą. Niestety, systemy edukacyjne właśnie to w człowieku zabijają. "Ty durniu, zobacz, jak Kasia pięknie to zrobiła. A ty?" - słyszy się w szkole. A to niszczy w człowieku przekonanie, że jest artystą. A to przecież nie jest żadnym wstydem. Szczególną chlubą zresztą też nie. Oznacza tyle, że muszę być tak samo pracowity jak robotnik i tak samo uważny. Artysta może wprawdzie zdziałać cuda: żonglować czasem, sprawiając, że dwie minuty będą ciągnąć się w nieskończoność albo zlecą jak sekunda, przywołać czas miniony albo przyszły, zmienić emocje człowieka. Tak samo jednak, jak w przypadku robotnika, pełni funkcję służebną w społeczeństwie - bez swojej widowni jest nikim.

Ile ma Pan rodzeństwa?
- Czwórkę.

Wszyscy są artystami?
- Tak. Najstarsza siostra Anna Maria, zwana Saszką, skończyła kompozycję w Krakowie u prof. Schaffera. Starszy brat Michał to multiinstrumentalista i fotografik. Ma piątkę dzieci i jest artystą także w relacjach z nimi. Kajetan gra na instrumentach perkusyjnych, studiuje w Glasgow coś, co nie do końca ogarniam, a co dotyczy technologii elektronicznej w ujęciu muzycznym. To się kompletnie różni od moich kijów, badyli i instrumentów z przedmiotów codziennego użytku. Najmłodsza z nas - Seweryna zwana Agą - studiuje w Glasgow grę na fortepianie.

Jako sześciolatek malował Pan pejzaże, potem zajął się Pan rzeźbą, była jeszcze gra na trąbce, perkusji i wielu innych instrumentach. Kompozycja, śpiew. Kim Pan jest właściwie?
- Nigdy nie czułem się malarzem, rzeźbiarzem, piosenkarzem. Nie miałem potrzeby takiego ukierunkowania - wystarczało mi, że jestem artystą. Trudno byłoby mi rozstać się z którąkolwiek z dziedzin, z którymi się stykałem. Mój problem życiowy długo polegał na tym, że za cokolwiek się brałem, to mi świetnie wychodziło. Spróbowałem grać na trąbce, okazało się, że dobrze, powinienem iść w tym kierunku. Na wokalu wyszło, że rewelacja, mam znakomite warunki. Kumple mówili: "Ty to jesteś materiał na pakera, wąski tyłek, szerokie ramiona". W pewnym momencie dotarło do mnie, że muszę się określić, że chcę wiedzieć, kim jestem, ale jednocześnie nie chcę rezygnować z innych pobocznych rzeczy. Dziś wiem, że moją dziedziną jest piosenka. Muzyka filmowa i teatralna to formy pochodne. Dzięki nim uczę się inaczej operować dźwiękiem. A tym, co pozwala łączyć te wszystkie moje pasje, jest teatr. Chciałbym stworzyć autorską scenę, miejsce mojej wewnętrznej wypowiedzi. Jest we mnie taki zew, pasja. Nie jestem w stanie jej się przeciwstawić. I nie boję się, że ogarnia tak wiele dziedzin sztuki.

Do Wrocławia trafił Pan z Zamościa, teraz jest Pan w drodze do Lubiąża - tak to w skrócie wygląda, jeśli chodzi o geografię. A w którym momencie twórczej drogi Pan się znajduje?
- Jestem przekonany, że jest to punkt zwrotny w moim życiu. Znalazłem język, który może być rozpoznawalny. Chcę, żeby brzmiał jak najbardziej wyraźnie. Spróbowałem wszystkiego po trochu, a teraz wybrane elementy doprowadzam do perfekcji. Coraz bardziej cenię sobie pracę nad warsztatem. Bo artysta to robotnik - jak Vincent van Gogh, który całe życie pracował nad kreską. Ja tak samo - szlifuję ten diamencik, który w sobie znalazłem.


* Sambor Dudziński

Aktor, wokalista, multiinstrumentalista. Pochodzi z artystycznej rodziny - syn performera Pawła Dudzińskiego, wnuk Marii Kasprowicz, poetki i aktorki Teatru Dramatycznego w Zabrzu. Jego imię to także nazwa miasta na Ukrainie, w którym urodził się jego dziadek, zamojski fotograf. Jednak w dowodzie osobistym nie jest Samborem: urzędniczka nie chciała się zgodzić na takie imię i zaproponowała: „Proszę sobie wybrać jakieś inne na literkę »s «”. W związku z powyższym został Damianem

źródło: www.gazeta.pl

Przygotował:Zbigniew Posacki

 
webmaster: Jacek Kosmalski